|
Pięć lat we dwoje.
1997 – 2002
W roku 1997, zaraz po ślubie, przeprowadziliśmy się do Bornego Sulinowa.
Kiedy tylko wnieśliśmy meble, zaczęliśmy pływać Piławą. I tak nam to weszło
w nawyk, że całe następne pięć lat spędziliśmy na Piławie. Pływaliśmy na
spływy kilkudniowe, czasem na weekend, a często nawet na popołudniowe wypady
po pracy. Przepłynęliśmy Piławę niezliczoną ilość razy. I za każdym
razem odkrywaliśmy na „naszej” rzece coś nowego.
Poza tym byliśmy na Paklicy i Grabowej.
Najpierw będzie o Piławie.
Nasza Piława (1997 – 2002)

Nasz pierwszy spływ weekendowy Piławą ...
(sierpień 1997, z Renatą i Markiem).

I pierwszy spływ tygodniowy (1998, z Anią i Wojtkiem). Ola w zielonej
kurtce, obok Ania i Wojtek. Dalej będą 4 zdjęcia z tego spływu.

Nad jeziorem Komorze (Ola, Adam i Ania).

Nad jeziorem Pile (Ola i Adam).

Na rzece (Ola i Wojtek). Zwraca uwagę nowatorski sposób wykorzystania
klamerek od bielizny.

1999. Majowy spływ z rodzicami.

To my w maju 1999 (jez. Długie).

1999. Z Elą i z Jackiem (jez. Pile).

Ale przeważnie pływaliśmy we dwoje, bo tak lubimy najbardziej
(1999, jez.
Pile).

2000. Jak się ma „podwójne” rozmiary, trudno zmieścić się do kajaka ...

... ale chociaż można posiedzieć nad Piławą (Ola i Ciocia).

2001. Znowu jesteśmy szczupli ...

... i na wodzie.
Grabowa 1999
Grabowa uchodzi do morza w Darłowie (tzn. wpada do kanału portowego tuż
przed słynnym mostem zwodzonym). Rzeka piękna, ale uciążliwa. Biwaki ładne i
kameralne, mili napotkani ludzie. Bardzo dobrze wspominamy ten spływ.
Płynęliśmy w gronie rodzinnym – dwupokoleniowym, z naszymi niezniszczalnymi
rodzicami, czyli w 4 osoby. Cały szlak przepłynęliśmy w 5 etapach.

Zaczynaliśmy w Nowym Żytniku, na terenie pstrągarni, gdzie sympatyczni
właściciele pozwolili nam bez problemu rozbić biwak i zostawić samochody na
czas spływu.

Przeszkód było naprawdę dużo (na zdjęciu Mama i Tato).

Były różne dzieła pomysłowej ludności ...

... i dyplomowanych inżynierów.

Ale biwaki były naprawdę piękne.

A woda naprawdę zimna.

To nasz ostatni biwak, w Jeżycach, u przemiłych gospodarzy.

Startujemy do ostatniego etapu ...

... do morza !

Słodkie lenistwo i lizanie ran nad morzem.
Na Grabowej przeżyliśmy 3 ciekawe, czasem niebezpieczne przygody.
Przygoda 1 – okrutny pierwszy etap.
Pierwszego dnia mieliśmy posiedzieć na biwaku (w Nowym Żytniku, na terenie
pstrągarni), ale zew wody był silniejszy: my z Olą postanowiliśmy "dla
rozgrzewki" zaliczyć pustymi kajakami górny odcinek z Buszyna (8 km powyzej).
Rano Tato zawiózł nas do Buszyna (jechało się może 10 minut), zrzuciliśmy
nasze dwie "jedynki" na wodę i heja. Heja skończyło się wraz z końcem wsi
a początkiem lasu. Zwalisko kilkunastu drzew, rzeka głęboka, prąd szybki,
brzegi niedostępne. Samo bezpieczne dobicie do zwałki” to już było coś,
zwłaszcza, że był to nasz debiut na nowych „jedynkach”.
Takie „zwałki” były potem co 20-50 m, a najdłuższy odcinek bez przeszkód
miał może 100m. Prąd cały czas szybki, woda przeważnie głęboka. Adam
zaliczył dwie „kabiny” przy zwaliskach drzew i ranę klatki piersiowej, Ola
wyszła bez szwanku. W nagrodę, późnym popołudniem, spłynęliśmy
długim bystrzem pod mostem.
Dopłynęlismy po zmroku, krańcowo wyczerpani.
Następne 2 etapy też nie były lekkie, robiło się 10 km w kilka godzin. Nie
było jednak już tak trudno, jak na pierwszym etapie, tylko po prostu
uciążliwie.
Przygoda 2 – płacz z brzegu.
Na przedostatnim etapie, płynąc uregulowanym odcinkiem przed Jeżycami,
usłyszeliśmy z brzegu przejmujący dźwięk – ni to płacz, ni to kwilenie. Po
chwili zobaczyliśmy leżącą na brzegu plastikową torbę, w której COŚ się
ruszało. Ola dobiła do brzegu z okrzykiem „dziecko!”, wyskoczyła z kajaka i
rozwiązała worek. W środku były ... cztery szczeniaki. Dwa martwe (było
bardzo gorąco), jeden zdychający, a jeden w całkiem dobrej formie. Wzięliśmy
biedaka na kajak, a w najbliższej wsi zaopiekowały się nim dzieci. Jakie
były dalsze losy pieska – nie wiemy. Niecały miesiąc później wzięliśmy ze
schroniska naszą Sonię, która cały czas z nami pływa.
Przygoda 3 – w porcie
Na sam koniec spływu, trochę lekkomyślnie, wpłynęliśmy z Olą do kanału
portowego w Darłówku i zbliżyliśmy się za bardzo do mostu zwodzonego. Most
był zamknięty, przewalały się po nim tłumy wczasowiczów. Gdy byliśmy dość
blisko, most się rozsunął, a od strony morza ukazała się naprawdę duża
jednostka, płynąca szybko w naszym kierunku. Co sił w rękach uciekliśmy pod
brzeg, złapaliśmy się, czego się dało. Statek przepłynął szybko koło nas,
robiąc potężną falę.
Trzepało nami o brzeg niemiłosiernie, ale udało się nie wywrócić.
Paklica 2000
To był bardzo przyjemny, majowy spływ. Zdjęć z niego nie ma. To znaczy
owszem, pstrykaliśmy, ale potem okazało się, że w aparacie nie było filmu
(miłosiernie nie będziemy tu wskazywać winnych).
Na uwagę zasługuje jednak fakt, że był to PIERWSZY SPŁYW TOMKA.
Tomek wyglądał wtedy mniej więcej tak:

Zarodek 4-tygodniowy
I tak minęły nam lata 1997 – 2002, czyli nasza pierwsza wspólna
„pięciolatka”.
Z roku 2002 jakoś nie mamy żadnego zdjęcia ze spływu. Więc będzie zdjęcie
znad morza.

To już początki GRUPKI KAJAKOWEJ ROHATKI.

|